when there's no freaking cardiac output!

poniedziałek, 17 lutego 2014

3 x W

Walentynki na obchodzie

Podążamy wesołą gromadką za naszym Szefem, chory za chorym, łóżko za łóżkiem, krok za krokiem, minuta za minutą. Mijamy kolejną, bo już czwartą z rzędu salę i wyraźnie czuję na sobie wzrok jednego ze starszych rezydentów. Zdążyłam sprawdzić czy aby czasem nie jestem brudna na twarzy, czy nie mam plam po kawie na fartuchu, włosów w nieładzie, pryszcza na środku nosa - no ale nic. Czysto. W końcu moja irytacja sięgnęła zenitu i wypaliłam:

ja: co jest?!
dr: nic...
ja: niech pan powie!
dr: no nic... tak tylko humor sobie poprawiam patrząc na panią...
ja: mogłam nie pytać :P

***
Walentynki na bloku

Laparotomia zwiadowcza. Przy stole jest nas troje, dwóch prawdziwych operatorów i ja w ramach asysty. Jedną ręką trzymam hak powłokowy, w drugiej mam koagulację i nożyczki. W radiu leci audycja dla zakochanych. Takie wiecie - stare, sprawdzone i popularne piosenki o miłości. W pewnym momencie rozpoczyna się piosenka, którą bardzo lubię, ponieważ pozytywnie mi się kojarzy. Cichutko sobie nucę i wesoło kręcę głową nie zwracając przy tym niczyjej uwagi. Główny doktor radośnie grzebie sobie w brzuchu pacjenta, maca jelita, od czasu do czasu je wyciąga i rozprostowuje by za chwilę znów upychać je do środka. Czujecie ten klimat, nie? Romantyczne kiszki - idealny moment do miłosnych deklaracji. Wtem gość odwraca głowę w moim kierunku i nie przerywając swoich manualnych czynności w jamie brzusznej zaczyna śpiewać razem z radiową Whitney: (1:47 na zlinkowanym wyżej filmiku z yt):

dr: end aajaj łyl olłejs laaf juuu-ajjjj łyl olłejs laaf juuuuu!
ja: o wow... doktorze, jeszcze tylko złoty pierścionek i jestem cała pana :D

***
Walentynki w klubie

Zebraliśmy się stałą ekipą w ulubionym miejscu. Teoretycznie powinniśmy się uczyć - wiadomo, bo lek tuż tuż, ale trzeba się oderwać choć na kilka godzin. Z romantycznych standardowych randek zrezygnowaliśmy (no może nie tak do końca, zwyczajnie przesunęliśmy je w czasie), bo potrzebny był nam mocny reset, a nie migające serduszka nad głowami. Podchodzę do lady, siadam na stołku, gadam sobie luzacko z kolegą barmanem i znów czuję na plecach ten świdrujący wzrok. Jest coś takiego (albo ja tak mam), że gdy ktoś się na mnie gapi, to automatycznie ściąga mnie wzrokiem. No i gość mnie ściągnął. Odwracam głowę i patrzę, a oparty o ścianę stoi nie kto inny jak doktorek z porannego obchodu. W życiu bym nie pomyślała, że kiedykolwiek spotkam go w takim miejscu. Tym bardziej, że ów klub jest mało popularny w naszym mieście. 

dr: pani tutaj?
ja: pan tutaj?
dr: świat jest mały
ja: yhm... :)
dr: piffo dla tej pani!

Przyjemnie było - nie ukrywajmy :D Przeszliśmy na ty, choć tego nie planowałam, no ale alkohol łączy ludzi i tak po prostu wygodniej było rozmawiać. 

Heh... A dziś? A dziś w pracy wiosnę było czuć w powietrzu ;)


17 komentarzy:

  1. hehe, pierwsza przeczytana przeze mnie notatka na Twoim blogu i już mi się podoba! zajebiście się czyta takie historie:) powodzenia i czekam z niecierpliwością na dalsze losy:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo dobra muzyka na bloku to podstawa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio słuchaliśmy starego, dobrego rocka :) Podczas mastektomii :D

      Usuń
    2. Wg mnie właśnie stary rok albo ogólnie stare hity pasują najbardziej- najlepiej z werwą typu" I need a hero"

      Usuń
  3. Nie wiedzialam, że na bloku podczas operacji można słuchać muzyki xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę Cię! Zanudzić by się tam można było, gdyby muzyki nie puszczali w tle! :P

      Usuń
    2. No w sumie :) Mogliby jeszcze muzykę puszczać w szkole na przerwach :)

      Usuń
  4. O! A ja w walentynkowy dzień pracy słuchałam w biurze starych przebojów Guns'n'Roses (m.in. "Live and let die").
    Wieczorem chciałam sobie obejrzeć mój najukochańszy film "Kiedy Harry spotkał Sally", ale coś mi laptop ześwirował i oryginalnych DVD czytać nie chciał.
    W zamian zrobiłam sobie filmowy maraton: wszystkie 4 "Terminatory" obejrzałam.
    Walentynki uważam za idealne :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Matko, ryczęęę.. nie wiem tylko czy bardziej ze śmiechu boli mnie brzuch czy oczy od płaczu (przyczyna- śmiech) fenk ju, ajm soł hepi :)) generalnie, takie spędzenie walentynek to ja rozumiem. Moim był klub, przyjaciółki i drinki, także, też miło wspominam ♥ Co do leku, już dziś pożyczę Ci powodzenia, choć czasu troszku jeszcze jest, no ale jak tak będę co i raz życzyć, to się tego tyle nazbiera, że magiczna moc życzeń powiedzie Cię w stronę tęczowego królestwa rezydentów^^ Pozdraffffiam tak w ogóle ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rycz, mała, nie rycz! :P

      Trzymaj mocno kciuki w najbliższą sobotę! Gdyż koniec świata nadchodzi :D

      Usuń
    2. Dobra, nie rycze :p
      Jakie koniec świata?! I ja nic nie wiem, kurde, po raz kolejny się nie przygotowałam ;< Czymam kciuka:]

      Usuń
  6. Nie pij tyle piffa, bo gruba bedziesz! ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Too late! Stało się :D Do soboty mogę tyć, bo brak ruchu usprawiedliwiam wkuwaniem do leku :P Potem zamierzam wrócić do kolegów z siłki i odbudować formę, bo sezon na krótkie spódniczki już tuż tuż ;)

      Usuń
  7. hahahah jejkuuu obrazek mnie rozwalił na łopatki! :P
    i widzę, że nowa znajomość, może obchody teraz będą jeszcze bardziej ciekawe :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znajomość musi pozostać na etapie zwykłej znajomości, choć w innych okolicznościach pewnie stałoby się inaczej :P

      Usuń